Ugly, evil and dead..
Tak właściwie można określić czasoprzestrzeń w której utknęłam na kilka dobrych ostatnich miesięcy.
Nie wiem czy można napisać, że wydażyło się właściwie coś dobrego, albo chociaż szczególnego. Właściwie to nie, stała ścieżka zdrowia – praca – żłobek – dom, czasem piaskownica - zajmowanie się dzieckiem – czasem sprzątanie – znowu praca – i kilka godzin snu by potem ponownie wstać do roboty.
Szczerze mówiąc nawet nie miałam szansy na jakieś szalone transowanie, ale raczej ciężko o tym mówić kiedy właściwie każdy dzień przypomina bycie w skórze półprzewodnika, kiedy nie ma się zmiany ciężko o porównanie. Przyznam się szczerze, że nie rozpoznaję już granicy pomiędzy byciem facetem a byciem babką. Właściwie straciłam jako takie zainteresowanie płcią przechodząc z transowania do pozycji agenderysty, a może bigenderysty. Właściwie jestem rozdarta po raz już sam nie wiem który pomiędzy tym co chcę a co powinnam. Teraz już wiem, że nie tylko ja.
Pomijam banały „na pani” bycia „mamą” i innych codziennych, zwykłych wydarzeń.
Faktem jest, że cała balanga zakończyła się kacem. I rozpoczęła się kolejna partia emocjonalnych szachów z Miss E.
Szybka deklaracja o nieodpartej potrzebie rozstania … eee.. słucham.. chyba trochę na to za późno. Miesiąc straszenia rozwodem przy każdej nadążającej się okazji. Nie będę ukrywać, że poczułam się lekko skonfundowana. Początkowy szok, powoli acz systematycznie zaczął zmieniać się w natychmiastowy proces generowania pancerza . Kolejne dnie właściwie nie odbiegały zbytnio od wcześniejszych, nie pytałam, nie myślałam nawet o tym co zaszło ale pancerz tworzył się sam. Po dwóch tygodniach incydentalnego wściekania się (naprawdę incydentalnego) w zaciszu gabinetu. Uspokoiło się. Coś ze mnie opadło a deklaracja straciła na znaczeniu. Zbroja stwardniała. Co z tego skoro ledwo można w niej oddychać, że nie wspomnę o przyjemności z odczuwania czegokolwiek więcej. Nie jestem z siebie dumna. Ale instynkt bierze górę nad ludzkim porządkiem rzeczy.
Dwa tygodnie temu – wielka burza z piorunami. Miss E określiła się jako nieszczęśliwa .Kolejna tura tłumaczenia, oj, nie, nie tłumaczenia, nie ma już czego tłumaczyć. To było zderzenie z rzeczywistością która okazała się inna niż wyobrażenia. To musiało być ciężkie przeżycie przekonać się na własne oczy, że oto ja królewna o istnej urodzie z gatunku „idźstąd” , wychodząc do człowieków, zaniedbana (przyznaję bez bicia, jeśli chodzi o jakość i rozmiar brwi to Breżniew wymiękł ze mną w przedbiegach) , bez grama tapety, i całego tego babskiego anturażu a i tak było „pani” .. Myślę, że to jednak musiało trochę boleć, no i jednak to rozczarowanie. Doszło jeszcze kilka innych argumentów, mnie lub bardziej powiązanych z Mister N a zakończyło się … wytykaniem wymądrzania się , tłamszenia, podkopywania pewności siebie i bycia bezlitosną ..
Musze przyznać, że było w tym sporo prawdy, no ale miałam genialnego nauczyciela, wszak cynizmu, sarkazmu i ciągłego dołowania wszystkich dookoła którzy czuja się słabsi nie da się wyssać z mlekiem matki a ja mistrza miałam nad mistrzami. Kiedyś nowo nabyte zdolności musiały się ujawnić.
Spędzając kilka ostatnich lat na ciągłej walce z hordami zombi-podobnej hołoty wyzywającej mnie od pedałów, zboków, ciot, nieudaczników, wysłuchiwania po kilkadziesiąt razy dziennie, że to co robię i czego tak bardzo pragnę nie ma najmniejszego sensu bo i tak jest skazane z góry na niepowodzenie a co najwyżej mogę zostać „frrrikk” musiało przynieść rezultat. Nauczyłam sama wykorzystywać oręż gatunkowy. O dziwo, nie czuję się z tym źle, może dlatego, że nie mam nadmiernej tendencji do nadużywania, wszak jak każdy oręż tak i ten z czasem się tępi i zużywa. Krytyczne spojrzenie na ludzi i zaprzestanie stawiania siebie w rzędzie z życiowymi nieudacznikami i egzystencjalnymi kalekami przyniosło efekt. I tak oto twór obrócił się przeciwko twórcy, czy to naturalny stan rzeczy ?
A może tylko sprowokowany odwet ? Ale po co? Po jaki huj mi ten odwet skoro nie przyniesie mi żadnej korzyści, a może to tylko demonstracja siły ? Nie to redefiniowanie pojęcia związku i odnajdywania w nim od nowa swojego miejsca. Szkoda tylko, że Miss E swoja pozycje zdobywała w sposób ewolucyjny. Stopniowo kwadrant po kwadrancie, a ja przyduszona do muru musiałam zrobić rewolucję, chociaż do dopiero początek przemian.
Dodatkowo dowiedziałam się, że oto proszę – ci którzy jeszcze niedawno rwali się do ukamienowania mojej skromnej osoby zmienili front i teraz rozpływają się nad moim nieszczęściem. Z całym szacunkiem – pocałujcie mnie w moje silikonowe cycki .. o ile wam na to pozwolę.
Gdzie byliście kiedy faktycznie potrzebowałam wsparcia, schowani za plecami Miss E dopingowaliście igrzyska z kciukiem skierowanym w dół.. Co wtedy odebrało wam odwagę (i rozum) by okazać chociaż odrobinę zrozumienia ? A teraz to mi gitara. Mimo, że nadal miło usłyszeć słowa przychylności, ale czy tak naprawdę tego potrzebuje ? Chyba raczej nie, z reszta czułabym się jak niedojda gdyby teraz ktoś zaczął się rozwodzić jaki to ja jestem nieszczęśliwy/nieszczęśliwa -bo nie jestem.
Tak więc wyrzuciłyśmy sobie co nam leży na wątrobie, dostałam program „naprawczy” naszego związku , który w sumie miał naprawić pozycję i komfort Miss E a nie naszego związku. Cóż, wściekłość i rozczarowanie to co dostałam po zapoznaniu się z ambitną instrukcja reperacji.
Na razie powrót do status-quo ale nie wiem właściwie czy to jest w jakikolwiek sposób możliwe. Właściwie to nie rozumiem tej sytuacji. Do tej pory każdy w naszym związku miał jakaś szansę na samorealizację a ja raczej nie przypominam sobie, żebym rzucała kłody pod nogi Miss E na drodze do odnalezienia swojego miejsca i celu w życiu. A teraz okazało się, że skoro ja też chcę mieć coś dla siebie, nastąpiło zaburzenie równowagi i jest stan wyjątkowy, a co więksi tchórze mają zamiar zwijać się ze statku. Takie są moje odczucia. Lepiej zwiewać niż stawić czoło nowej rzeczywistości, nowym wymaganiom. Lepiej się zawinąć niż zacząć pracować nad sobą .. Dlaczego ? nie pytajcie bo nie mam pojęcia jaki jest sens w robieniu życiowych uników. Z lenistwa, czy żeby raczej nikomu się jednak nie narazić.
Nie wiem, ale jeszcze wielu rzeczy nie wiem o tym świecie a i tak zdechnę głupia jak but z lewej nogi.
Mimo wszytko (wyjdę na naiwniaczkę ale co tam) mam cichą nadzieję, że ta cała zadyma wyjdzie nam na dobre a nasz związek przeowocuję w coś lepszego. Mam nadzieję, że uda się nam utrzymać relacje i nadal trwać w tym głupim uczuciu jakim jest miłość.

10 comments:
Prześlij komentarz